Russian (CIS)
123Stoubcy ...
123Stoubcy ???????123Stoubcy ???????

Google Weather

Add to: JBookmarks Add to: Facebook Add to: Windows Live Add to: Del.icoi.us Add to: Yahoo Add to: Google
<
książka - polski

Poprawiony: sobota, 03 maja 2008 13:46
Więcej…
 
Od pierwszych minut w szkole do ostatnich godzin na terenie Kraju Rad PDF Drukuj Email
Wpisał Zenon Ciechanowicz   
niedziela, 16 marca 2008 13:02
Moja szkoła w Okińczycach: uczniowie od pierwszej do czwartej klasy, razem z jedyną nauczycielką Marią Nikiticzną, stoję trzeci z lewej
Od Zdjęcia rodzi...
Moja szkoła. Moja pierwsza klasa. Wspomnienia dalekie, mgliste i niepełne. Czy można pamiętać o czymś, co działo się ponad pół wieku temu? Pomimo to bez trudu cofam się myślami do dawno minionej jesieni pierwszego września 1947 roku i do tamtego pochmurnego poranka. Tak dokładnych wspomnień nie mam ani z dni poprzednich, ani z późniejszych. Z bardziej lub mniej szczęśliwych chwil dalekiego dzieciństwa, utrwalił się w pamięci ten jeden szary poranek..
Radością świeciły się oczy mamy, uśmiechała się jej twarz. Pochylając się do mnie i przytulając do siebie, wzruszonym głosem uroczyście oświadczyła, że w dniu dzisiejszym rozpocznę naukę w prawdziwej szkole, bo jestem duży i inne dzieci w moim wieku również rozpoczną naukę. Coś mi się wydaje, że informacją tą zbytnio się nie przejąłem. Bardziej zainteresowałem się jedzeniem, które wkrótce znalazło się na stole. Do szkoły nie było daleko. Znajdowała się w domu pani Loni, której wiejscy chłopcy, kilka lat wcześniej, wciągali drewniany wóz na słomiany dach. Cała szkoła, to jedna izba, z dwoma oknami po lewej stronie, jak wymagają zasady dobrego oświetlenia. Obok drzwi wejściowych, ukosem w rogu umieszczono kwadratową, czarną tablicę. Równo na ścianie, ze względu na drzwi wejściowe, tablica się nie mieściła. Ustawiono ją na drewnianych pieńkach, służących za podstawki. Jakże często brakowało do niej białej kredy. Jeżeli już ją mieliśmy, to też nie bardzo nadawała się do pisania, ponieważ powstawała w wyniku połamania na mniejsze kawałki dużej, okrągłej gałki, podobnej do piłki. Podczas pisania odłamki te łatwo kruszyły się i rozpadały na jeszcze mniejsze...
Poprawiony: niedziela, 16 marca 2008 13:04
Więcej…
 
Kołchozowe widmo PDF Drukuj Email
Wpisał Zenon Ciechanowicz   
niedziela, 16 marca 2008 12:41

kołchoz - plakat

Tak, - skazał biedniak. Zapłakał i paszioł w kałchoz

Bezlitosna machina terroru wymyślona, a potem uruchomiona i rozpędzona przez Stalina funkcjonowała nadal, również po jego śmierci. Autora barbarzyństwa pochowano, lecz dzieło kwitło, idee realizowano. Niewyobrażalna masa zła, którego ofiarą stała się zacofana wieś, biedni rosyjscy chłopi, rozprzestrzeniała się jak zaraza i ogarniała nowe tereny. "Złe" dotarło do nas w tamtych latach, gdy żył jeszcze "wódz" wyklęty przez narody wielkiego radzieckiego imperium. Nienawidził go cały kraj, niezliczone miliony z głębi serca życzyły mu szybkiej śmierci. Układano o nim programowe wiersze i pieśni. .

Podczas żniw, po raz ostatni wyszli na pole zebrać swoje plony. Część zboża żęto sierpami. Pracowali starannie i dokładnie. Zasadę tę mieli wpojoną od pokoleń. W tym roku, chyba w rozpaczy przed utratą tego co posiadali, dokładność i staranność przekroczyła wszelkie granice. Tak samo było i na naszych wąskich zagonach. Przebywałem tam wielokrotnie, nie za wiele pomagałem, lecz systematycznie zarówno od rodziców, jak też od dziadków słyszałem w kółko te same słowa: "Zobacz, tam leży kłosek, podnieś go, z tego będzie chleb. Zapamiętaj na zawsze - ostatni raz jesteśmy na swoim polu. Ostatni raz pracujemy dla siebie. Wkrótce staniemy się niewolnikami". (To nie jest przesada. Ta grupa ludności nie miała nawet dokumentów potwierdzających tożsamość. Swojej wsi nikt nie mógł opuścić). Nie przypominam z czyjej inicjatywy, lecz i w moim ręku znalazł się sierp. Mama kilkakrotnie pokazała, jak należy brać garść zboża, jak sierp zakładać i podcinać źdźbła, a nie palce ręki. Ogarnięty poczuciem dumy, że mogę pracować jak dorośli podczas zbiorów naszego zboża, przystąpiłem do pracy.

Poprawiony: niedziela, 16 marca 2008 12:43
Więcej…
 
Gospodarze PDF Drukuj Email
Wpisał witek   
niedziela, 16 marca 2008 09:14
autor: Paulnasca, Creative Commons Attribution 2.0 License Rodzice gospodarzyli na własnej ziemi do 1948 roku. Mam więc w pamięci nie tylko wąskie paski pól, lecz również niektóre prace rolników. Nie zapomniałem szczegółów gorącego okresu żniwnego, kiedy w promieniach letniego słońca wożono zboże z pola do stodół. Tę męską pracę wykonywał ojciec i dziadek. Jakże cudownie było zabrać się z nimi na daleką wyprawę, na pole za lasem, by wrócić z powrotem siedząc wysoko na szerokim, bujającym się wozie.
Wzdłuż drogi ciągnęły się węższe lub szersze zagony żyta, owsa, ziemniaków. Między uprawami wywyższały się wąziutkie paski ziemi, zwane miedzami. Żaden pług nigdy ich nie tknął. Porośnięte dorodnym, zielonym perzem, miotłami wysokiej bylicy lub wiechciami siwego piołunu rozsiewającego daleko swoje drobniutkie nasionka, od najdawniejszych lat wyznaczały granice własności. W tym czasie nikt nie przewidywał, iż wkrótce kołchozowe traktory zmienią krajobraz. Ich stalowe lemiesze zlikwidują starodawne miedze, wierne towarzyszki chłopskich zagonów. Zaorzą naszą drogę, służącą od pokoleń mieszkańcom wsi udającym się na odległe pola za lasem..
Na razie były jeszcze miedze i droga, i nieruchome gorące powietrze, przesycone promieniami letniego słońca. Spływały one prawie pionowo z błękitnego nieba, sięgając głęboko pod zwiędnięte łodygi roślin, do gorącego piasku, wymuszając parowanie resztek wilgoci. .
Wreszcie skręcaliśmy na wąski pasek, naszego lub dziadkowego pola. Witał nas równy rządek snopków ustawionych w dziesiątki. To był efekt znojnej, ciężkiej pracy od świtu do zmierzchu. Rodzice i dziadkowie nie jeden dzień spędzili na polu. Nie jedną kroplę potu wylali zanim zboże skosili i przygotowali do zwózki. Dziewięć przytulonych do siebie snopków przykrywał dziesiąty, odwrócony kłosami na dół i osłaniający swych braci przed ewentualnym deszczem.
Poprawiony: niedziela, 16 marca 2008 09:14
Więcej…
 
Krajobraz z dziadkiem PDF Drukuj Email
Wpisał witek   
niedziela, 16 marca 2008 08:54
Od Zdjęcia rodzi...
Moje strony rodzinne, to mała wioska i jej leśne okolice. Pierwszym przewodnikiem po terenach, których nie mogę zapomnieć był wspaniały dziadek. To właśnie dziadek zaprowadził nas kiedyś na polanę, która mieniła się ciemniejszymi i jaśniejszymi odcieniami fioletu. Niezliczone ilości sasanek, tych cudownych zwiastunów wiosny jaskrawo kontrastowało z szarym podszyciem lasu i resztkami białego śniegu. Kilkakrotnie, w kolejnych latach, samodzielnie udawałem się tam. Niestety, nigdy już czegoś podobnie pięknego nie zobaczyłem. Widocznie jeszcze nie rozumiałem, że najpiękniejsze widoki ogląda się w obecności dziadka, szczerze kochającego wnuki.
Podczs kolejnej wędrówki przez las natrafiliśmy na ogromne wielometrowe doły, leje. Były to skutki bombardowania. Efekty wybuchów poranily lasek i zniekształcily krajobraz, chyba na zawsze. W każdym z dołów zmieściłoby się co najmniej kilka schronów zbudowanych przez ojca, przeznaczonych do ochrony rodziny przed bombardowaniem.
Lasy otaczające wieś zapewniały wspaniałą kryjówkę dla wilków. Zostawiały one świeże ślady na śniegu. Oglądaliśmy je często podczas drogi do szkoły, do Stołpiec. Blisko wilka byłem dwa razy.
Najwspanialszych wędrówek do leśnej głuszy, nawet po grzyby, w żaden sposób nie da się porównać z wyprawami nad ukochaną rzekę, nad nasz Niemen. Po raz pierwszy ujrzałem go po wspólnym spacerze z dziadkiem. Wolno i spokojnie niósł swe wody. Bezustannie przy tym skręcał raz w prawo, raz w lewo, tworząc zakola i wygibasy tak, jakby pragnął pozostać dłużej wśród lasów i łąk, które go zrodziły i nieustannie poiły.
Poprawiony: niedziela, 16 marca 2008 08:54
Więcej…
 
<< pierwsza < poprzednia 1 2 następna > ostatnia >>

Strona 1 z 2