Kawałek chleba, który przypadkiem upadnie na ziemię, zaraz go podnoszą z największą skwapliwością, obcierając z kurzu połą sukmany i jakby przepraszając całują trzy razy. Okruszyn z chleba ze stołu nigdy nie wyrzucają do śmieci, lecz zmiotłszy (pisownia oryginalna) je starannie, albo zjadają, albo oddają ?żywiole? lub zresztą spalają. Okruszynki rozrzucone, według wierzeń ludu, pająk zbiera i po pajęczynie zanosi je aż do Boga i mówi: ?Patrz Panie Boże, jak ludzie twoje dary marnują?. A wówczas Bóg coraz to ujmuje urodzajów ludziom.
Wędrówki po ziemi Nowogródzkiej (pisownia oryginalna)
dzięki uprzejmości pana Romana Wierzbowskiego
Poza Mirem ? ziemia inna. Kraj piaszczysty, dal pustynna; przez jałowców dzikie pola, głodna błąka się niedola. ? Pisał niegdyś Jan Bułhak w ?Mojej ziemi". Ale były to czasy dawne. Kto znał te okolice przed wojną i odwiedził je znowu obecnie ? zdziwił się, bo nie poznał. Stołpce przedwojenne ? to brudna, obskurna i mała mieścinka. Stołpce dzisiejsze ? przepiękne nowe miasto. Ostatnie miasto polskie na rubieżach wschodnich. Granica dwóch światów. Wiemy już o tym doskonale. O powstaniu Stołpców nie posiadamy jednakże nawet najskromniejszych danych. Cała niemal Nowogródczyzna, z wyjątkiem kilku jej środkowych powiatów, czeka jeszcze na swego przyszłego etnografa, archeologa, historyka, który zawiedzie nas z czasem do jej szczodrej przeszłości, zaklętej w liczne kurhany, uroczyska, ciche dworki wiejskie i świątynie o przepięknej sztuce architektonicznej. Ziemię Nowogródzką porównać jeszcze można do owej tabakierki magicznej, która czaruje nas i olśniewa bogactwem swoich drogocennych inkrustacyj, ale nie posiadamy klucza do wydobycia zapachu z jej wnętrza.
Historia Stołpców jest niemniej bogata i ciekawa. Okolice te posiadają nawet znacznie więcej pamiątek, aniżeli którakolwiek część Nowogródczyzny. Stołpce nazwę swą otrzymały podobno od trzech słupów murowanych, które w XVI wieku wzniesiono na granicy dóbr książąt Radziwiłłów i Czartoryskich. Stołpce już wtedy stanowiły punkt graniczny. Jeszcze jako przystań flisaków, spławiających-drzewo z okolic górnego biegu Niemna do Niemiec. Była tu niewątpliwie i osada rybacka i przystań statków zwanych ?wicinami", którymi wywożono stąd obfite plony do Gdańska, gdyż do czasu wybudowania kolei ? Niemen uchodził za jedyną najwygodniejszą arterię komunikacyjną.
ZIEMIA nr 41, Warszawa 5 października 1912, (pisownia oryginalna)
O ile miłość wesołej, zalotneji wiecznie szczebiotliwej dziewki polskiej jest w przejawach swych pełna namiętnego uczucia, chimeryczna, gwałtowna, niestała, o tyle miłość zawsze wstydliwej, skromnej i tęsknej Białorusini bywa zwykle cicha, głęboka, gorąca, pełna samopoświęcenia. Polka pod wpływem uczucia staje się dowcipna, cięta i wyzywająca; Białorusinkę miłość również umysłowo przetwarza, ale w inny sposób: ona w takich razach, częstokroć aż do zadziwienia, staje się bystrą i poetyczną w swych myślach, głęboką w poglądach. Ona w przeciwieństwie do dziewki polskiej, zwłaszcza, gdy już pewna jest wzajemności, traci głowę, staje się uległą, łasi się ?baziuli?, przyhołubia się do kochanka, nieustannemi obdarza go pieszczotami i znosi mu kwiaty uszczknięte, aby miłemu wciąż ją przypominały. Białorusinki w ogóle umieją mówić o kochaniu i kochać umieją. Posłuchajmy tego, co nam kobieta białoruska mówi o swoich uczuciach. Ona za kochankiem ?pójść gotowa na kraj świata?, onaby ?za niego życie oddała, w ogień wskoczyła?. Gdy do niego idzie, to tak jej na sercu lekko, iż zdaje się, że ?ptuszkaju, matylom lecić?. Jej oczy nigdy widokiem miłego nie mogą sięnasycić, a serce nacieszyć, ona ?sokoła? swego, swoje ?oczko w głowie? tak miłuje ?szto duch, cieło oddałab? ona od stóp do głów ?wycaławałab jaho,wysmaktałab?, ona radaby ?jak wąż,okręcić się w okół jego szyi, aby go z objęć swych nigdy nie wypuścić?. Ona im więcej miłuje, tem bardziej staje się nieśmiałą, wstydliwą.
Białorusini wyznają przeważnie religię prawosławną, w niektórych tylko okolicach znajdujemy wśród nich katolików. W ogóle są oni ludem zabobonnym i ciemnym, spotkać wśród nich można wiele ciekawych starodawnych obrządków. Między innymi obchodzą oni w wigilię Ś-go Jana ?Kupało?, odpowiadające naszym sobótkom. Dziś jednak nie jest już Kupało tem, czem było dawniej. Niema skakania przez ogień, ani puszczania wianków na wodę. Dzisiejszy obchód Kupała zaciekawić może artystę jedynie, jako niezwykły, piękny i malowniczy obraz.
Dzieża ma zwykle kształt cebra bez uszu i najczęściej jest równa, jak u góry tak i na dole. Rzadziej spotykają się o dnie szersze niż wierzch. Robię je z klepek sosnowych, między któremi powinno być choć parę dębowych. Starają się też dać dno z tego drzewa. Robią to dlatego, ?ażeby zakwas trzymał". Pojemność dzieży zależy całkowicie od tego, ile w danem gospodarstwie wychodzi chleba. Nakrywają dzieżę wiekiem drewnianym zachodzącym na nią lub plecionem ze słomy i łoziny, a gdy tego nie ma ? obrusem. Dzieżę próżną do następnego pieczenia stawiają najczęściej na ławie lub na stole, przewracając niekiedy dnem do góry. Przy pierwszym użyciu nowo zrobionej dzieży, dla dania jej ?zakwasu", przede wszystkiem rozrabiają w niej mąkę żytnią wodą na tzw. ?sołoduchę" i stawiają w ciepłym miejscu, ażeby rozczyn dobrze skwaśniał. Gdy to nastąpi, sołoduchę wylewają i dzieża już jest gotowa do użycia, bo ma ?zakwas". Dzieży pożyczają niechętnie, gdyż są przekonani, że tylko sama gospodyni, właścicielka dzieży ?zna jej narow", tj. umie postępować do jej własności, obca zaś gospodyni może dzieżę łatwo zepsuć. Złe oczy, a także dotknięcie dzieży przez zwierzęta, lud uważa za bezwarunkowo szkodliwe.